Kobieta i nieruchomości

Pośrednik w obrocie nieruchomościami, kobieta aktywna, marzycielka. Współorganizuje spotkania branżowe, promuje współpracę między biurami, słucha ludzi, wywołuje dyskusje, wyciąga wnioski... i opisuje.

Będę pośrednikiem, zarobię miliony!

Basia ChalińskaBasia Chalińska

„Sprzedaję mieszkanie. Dzwonią lub przychodzą pośrednicy. Pierwsze wrażenie robią lepsze lub gorsze, na każdej proponowanej umowie wpisane tysiące złotych jako ich wynagrodzenie. A przecież takich umów podpisują więcej. A we mnie dojrzewa myśl… sam będę pośrednikiem!” – knuje Adam

Myśl Adama dojrzała do tego, żeby obwieścić ją światu. Prosty jak drut pomysł na biznes nakręca do działania. „W sieci jest mnóstwo osób poszukujących nieruchomości – jeszcze łatwiej te nieruchomości znaleźć. Wystarczy spotkać dwie strony i gotowe, a licznik na koncie będzie nieustannie bił w górę!” – zaciera ręce Adam stojąc u progu swojej nieruchomościowej kariery.

„No to zaczynamy! Świecie – przybywam!!! Telefon mam, kompa też, Internet jest już wszędzie, samochód stoi pod blokiem, drukarkę kupię, lokal? – eee… zbędny koszt, w kawiarni też można z kimś kawę wypić.

Czasu póki co za wiele nie mam, bo jeszcze etacik trochę dnia zabiera, ale przecież nieruchomości nie wymagają wiele – ludzie często spotykają się wieczorami, w weekendy – można połączyć dwie rzeczy i „obrabiać nieruchomości” przy okazji.

Kumpel prowadzi drukarnię – narysował mi szybko wizytówki, za dwa dni odbieram je jeszcze cieplutkie! Z wizytówki dumnie bije moje nazwisko z jeszcze lepszym dopiskiem „Dyrektor Oddziału”.

Jak zacząć? Nic prostszego odpalam serwis nieruchomościowy, szukam bezpośrednich ofert – dzwonimy! Pierwsi rozmówcy nie bardzo zainteresowani rozmową z biurem, kolejni owszem – jak mam już klienta, a skąd mam takiego mieć?  któryś nasty z kolei zapytał jakie biuro reprezentuję [faktycznie, trzeba ogarnąć stronę www], z pierwszego dnia przy telefonie umówione jedno spotkanie. Szału nie ma.

Kolejne tygodnie…   setki telefonów, coraz więcej spotkań, zaczyna to wyglądać lepiej, bo już mam stronę (o koszcie wolę zapomnieć, bo mnie szlag trafia), logo jakieś, teczki, bannery, abonamenty w serwisach – wydatki mnożą się jak szalone, ale przecież zainwestować trzeba. A co z przychodami? Ze spotkań z właścicielami – efekty różne. Generalnie właściciele nie chcą płacić, ci którzy się zgadzają na spotkanie mówią, że przede mną było już kilkunastu innych i oni tylko z takimi będą pracować, którym nie muszą płacić. Może to jest myśl – przecież zapłacą kupujący jak wystawię nieruchomość, trochę to bez sensu, ale jakoś zacząć trzeba.

Więc wystawiam. Ktoś dzwoni, pyta, potem cisza przez jakiś czas. Więc sprawdzam jak oferta wygląda w necie – w serwisie spadła już na 14stą stronę wyszukiwania – żeby było lepiej muszę wydać kolejną kasę na pozycjonowanie. Zagryzam zęby. Płacę. Dzwoni inne biuro, że mają Klienta, który chce zobaczyć ofertę, ale przecież ja nie mam kasy od Sprzedającego, wiec, sam muszę mieć Klienta! Co z tego, że mógł to wziąć. Sprzedający mi nie płaci, wiec z czystym sumieniem odpowiadam pośrednikowi, że NIE WSPÓŁPRACUJĘ, że mają spadać na drzewo.  Dzwoni w końcu TEN, który miał mnie znaleźć! Facet mówi, że oferta bardzo zainteresowała, bo takiego mieszkania szuka. Yessss! W końcu się odbiję i spłacę limit w karcie, bo oszczędności przeznaczone na rozkręcenie biznesu stopniały jak lód w drinku w pełnym słońcu w upalny dzień. Umawiam spotkanie  w głowie wydając już zarobioną kasę… a właściciel mi mówi, że już sprzedał dom z innym biurem. Wrrrr… Wściec się można!

Ale ten zainteresowany pyta co innego mogę mu zaproponować  – więc szukam mu ofert – to łatwiejsze zadanie. Kilka dni filtrowania rynku, poumawiane kilka prezentacji, to nawet całkiem przyjemne! Pierwsze 2 mieszkania – masakra, śmierdząca klatka schodowa, do mieszkania tylko bombę włożyć, ale klient jest cierpliwy, oglądamy dalej, ale przy kolejnych nie jest lepiej – albo zobaczyć można tylko wieczorem, albo tylko w niedzielę, albo wyglądały lepiej na zdjęciach, albo okazuje się że to inna lokalizacja – Klient poirytowany, zaczyna coś przebąkiwać, że chyba jednak zamiast mieszkania poszuka szeregowca. Więc lecimy z szeregowcami. Znów dwa tygodnie  w plecy, ale od szeregowca wyższe wynagrodzenie – jest pociecha. Jeden nawet całkiem fajny, i zaczyna się jazda – właściciel coś mówi o użytkowaniu wieczystym, a mój Kupujący mówi, że on nie chce „użytkować”, tylko „mieć”, a że kredyt ma na tym domu, i że drogę właśnie miasto ma wybudować, coś wspomina o opłacie jakiejś, które nazwy nie zapamiętałem, żeby wygooglować co to.  Coś za dużo tu problemów, Klientowi mówię, że nieruchomość jest nie do kupienia. Przy umawianiu kolejnego spotkania „szanowny Klient” oświadcza, że już się zdecydował na mieszkanie…, które sprzedaje jego znajomy! Ale dziękuje mi za poświęcony czas!!! Yyyy…… Pominę wszystkie epitety, jaki mi wtedy przeszły przez myśl, bo i tak cenzura je wytnie…

Rachunek zysków i strat z okresu startowego jest nieubłagany… wygląda to coraz gorzej…

Przy jednej z prezentacji spotkałem Kaśkę  – razem chodziliśmy do liceum jeszcze, teraz też jest pośrednikiem – umówiliśmy się żeby pogadać. Co mam jej powiedzieć? Że miały być tysiące na plus a tymczasem biegam wieczorami, wiszę na telefonie pół dnia, jestem stałym bywalcem stacji benzynowych, mam już kilka niezapłaconych faktur… i … to nie tak miało być!?

Kaśka opowiada mi o sobie. Wyluzowana, uśmiechnięta, wygląda jak milion dolców!

Zaczęła pracę od zdobycia licencji. Kiedyś to było nadawane przez ministerstwo, teraz przy federacjach zrzeszających pośredników. Wcześniej kursy lub studia podyplomowe, egzamin. Potem zaczęła się praktyka, nadzór nad jej pracą właścicielki biura – babki z kilkunastoletnim doświadczeniem w branży. Po drodze ciągłe szkolenia, pojedynczy Klienci, którymi zajmowała się od A do Z. Teraz podwykonawcy: fotograf, prawnik, który ogarnia nietypowe tematy, agencja marketingowa, home stager. Biznes się kreci. A ona mi mówi, że bez wyłączności od Klienta i koniecznej współpracy z innymi biurami – nie dotyka nowych ofert. Klienci wracają, polecają ją dalej, dziękują za pomoc, wystawiają referencje, szanują! Ta robota to jej pasja! A Kaśka – pełna profeska! Opowiedziała mi też kilka ciekawych przypadków jak doprowadziła do transakcji pomimo zawiłego stanu prawnego – sprawiałem wrażenie, że wiem, o czym mówi – ale szczerze? nie miałem nawet pojęcia… że to nie „mieszkanie” się sprzedaje tylko jakieś prawa, a że „dom” to nieruchomość gruntowa?! Nie wspomnę o reszcie…

Wieczorem po tym spotkaniu wracam do siebie z mętlikiem w głowie. I co dalej?

Już byłem u progu wrzucenia wizytówek w kosz, to nie robota! A Kaśka mi namieszała w głowie, jednak się da pracować w tej branży! Dlaczego sam sobie bym nie uwierzył jako pośrednikowi, a Kaśce – po tym,  co mi opowiedziała o sobie – sam bez cienia wątpliwości oddałbym swoje mieszkanie na sprzedaż?

Po nieprzespanej nocy… wyrzucam jednak wizytówki. Dzwonię do Kaśki – „Hej, widziałem ogłoszenie rekrutacyjne Waszego biura, możemy pogadać?”

Motywacja do podjęcia konkretnego zawodu może być różna. Zainteresowania, tradycja rodzinna, przypadek, propozycja znajomego i wiele innych, a wśród nich – kasa! Projekcja, że „się nie narobię a zarobię” kusi kolejnych młodszych i starszych do pracy na rynku nieruchomości. Ale jeśli jest jedynym bodźcem – nie wystarcza na długo…

Po co ta historia Adama? Tym, którzy chcą rozpocząć pracę w branży – do rozważenia – w jaki sposób zrobić to dobrze, tym, którzy już zaczęli i znaleźli w niej siebie – do refleksji, w którym kierunku idą. A dla potencjalnych Klientów – z sugestią, aby pośrednika dobrali sobie świadomie. Tylko jak go znaleźć?

O tym będzie później 🙂

Pośrednik w obrocie nieruchomościami, kobieta aktywna, marzycielka. Współorganizuje spotkania branżowe, promuje współpracę między biurami, słucha ludzi, wywołuje dyskusje, wyciąga wnioski... i opisuje.

Komentarze 4
  • Beniamin
    Opublikowano dnia

    Beniamin Beniamin

    Odpowiedz Autor

    Świetnie napisany tekst 🙂 Niestety często tak właśnie to wygląda, a do tego jest wielu „Adamów”, którym dojście do wniosku, że nieruchomościami lepiej zająć się krok po kroku ale za to porządnie, zajmuje dłuugie lata.


  • Remigiusz Witczak, bloger
    Opublikowano dnia

    Remigiusz Witczak, bloger Remigiusz Witczak, bloger

    Odpowiedz Autor

    Ciekawa i inspirująca historia, dobre dla tych, którym wydaje się, że wszystko jest lekkie, łatwe i przyjemne. Pozdrawiam.


  • Rafał
    Opublikowano dnia

    Rafał Rafał

    Odpowiedz Autor

    Ciekawy tekst, zarówno dla pośredników, potencjalnych pośredników i klientów. Pisz dalej 🙂


  • Michał
    Opublikowano dnia

    Michał Michał

    Odpowiedz Autor

    Wbrew pozorom jest to bardzo specjalistyczny zawód 🙂


Skomentuj Michał
Anuluj komentarz